Fragment „Decyzji”

Zbliża się dwunasta, a więc pora lunchu, teraz zaroi się od urzędników, pracowników bankowych, ekspedientów, przeróżnych konsultantów, pracowników firm adwokackich i agencji ubezpieczeniowych i wszyscy będą się śpieszyć, kobiety, mężczyźni, one w plisowanych spódnicach i w garsonkach a'la Coco Chanel, a oni w modnie skrojonych garniturach i w krawatach w barwach ostatniego sezonu. Wysiadam na Östermalmstorg i idę na Stureplan. Na placu jak zwykle sporo przechodniów, tych co śpieszą na lunch, a także młodzieży. Jest to bowiem punkt zbiorczy młodych naszej metropolii. Niektórzy siedzą na tarasie kawiarni, z twarzami zwróconymi ku ulicy i ku słońcu, którego jeszcze nie ma, inni stoją parami lub grupami, prowadzą nie kończące się konwersacje, jeszcze inni, a tych jest najwięcej, stoją w różnych punktach placu i prowadzą rozmowy przez telefony komórkowe, głośni, niekiedy krzykliwi, jakby usiłowali zagłuszyć grzmot i jazgot przejeżdżających samochodów osobowych, ciężarówek, autobusów i taksówek. Przez chwilę czuję się, jakbym był jednym z nich, jakby czas cofnął się o lat dwadzieścia albo trzydzieści i jeszcze wszystko w moim życiu mogło się zdarzyć. I mógłbym, tak jak oni, wystawać tu beztrosko, wśród dziewcząt smukłych o nogach długich, zdawałoby się, nigdy się nie kończących i jasnoblond włosach, których zapach mógłby przyprawić o zawrót głowy. To tylko chwila. Zostaję przywrócony rzeczywistości gdy mijam ławki, których tu więcej niż kiedyś, a wszystkie zajęte przez takich jak ja, mężczyzn i kobiet w nieokreślonym wieku, siedzących tu przez dnie całe, którzy w jakimś dziwnym bezruchu, odrętwieniu, robią wrażenie wrośniętych w te ławki, tak jakby nigdy się z nimi nie rozstawali, jak gdyby byli w symbiozie z tymi granitowymi i metalowymi przedmiotami.

Co robią tutaj na Stureplan, pośród tej młodzieży, w pobliżu kawiarnianych stolików, w samym środku miasta, gdzie ruch uliczny nie ustaje w intensywności między siódmą rano a godzinami nocnymi. Co ich sprowadza do tych miejsc ruchliwych, tętniących życiem, kontrastującymi z ich martwymi twarzami. Niekiedy sięgają do kieszeni, aby wydobyć paczkę papierosów, bywa również, że trzymają w ręku puszkę coca-coli, lub szukają w teczce plastikowej butelki z sokiem, który przyrządzili w domu i teraz będą popijać powoli, by jej zawartość wystarczyła na cały dzień. Jeżeli rozejrzeć się po centrum, to jest ich dużo, bardzo dużo, zapewne tysiące, upodobali sobie parki miejskie, skwery, aleje, place, są wszędzie tam, gdzie znajdują się ławki i zdaje się, że władze miejskie świadome tej masy, w ostatnich latach zadbały, aby krajobraz miejski wzbogacił się o setki czy nawet tysiące nowych ławek, prostych w konstrukcji, w miarę estetycznych i dobrze wsiąkających w otoczenie. Przechodzę na drugą stronę ulicy, jestem teraz na Biblioteksgatan. Mijam okna wystawowe eleganckich butików, mieszam się z tłumem urzędników bankowych, ekspedientów, pracowników przedsiębiorstw ubezpieczeniowych i ośrodków konsultacyjnych. Wszyscy, jak jeden mąż, w garniturach robiących wrażenie nieco za obszernych na ich ciałach długich, smukłych, jakby wychudłych, lecz to tylko iluzja, bo w rzeczy samej te garnitury są dobrze skrojone, nierzadko od Armaniego, a wysmukłe sylwetki to produkt workoutów i ścieżek zdrowia, jak również rezultat ciągłego stresu, jakiemu poddani są budowniczy naszego społeczeństwa. Wiecznie w ruchu, zabiegani, nerwowi, nie umiejący ustać w miejscu, korzystając z przerwy śpieszą na obiad, na ogól idą parami czy nawet w większej grupie: całą ławą niczym parobcy na wsi w niedzielne popołudnie. Niejednokrotnie zajmują całą szerokość trotuaru gdy tak idą, a nogawki ich spodni zawijają się na wietrze i trzepocą jak flagi na masztach. Szybko, szybko, trzeba się śpieszyć, bo za pół godziny czy kwadrans czeka narada, ważna rozmowa telefoniczna z kontrahentem, bądź sesja w Internecie i tak codziennie: raz dwa, raz dwa, tam i z powrotem, na obiad lub z obiadu, na zebranie lub z zebrania, szybko, zdyscyplinowanie, z wypiętą piersią, z wyrazem zdecydowania na twarzy. Nigdy nie tracą czasu, nawet gdy tak idą to poruszają jednocześnie ważne tematy biurowe. Bywa jednak, że pomimo młodego wieku i krzepy fizycznej, zaczyna brakować sił do kontynuowania tej codziennej wędrówki, tam i z powrotem, do pracy i do domu. Coś w maszynerii nie funkcjonuje jak powinno, coś zaczyna się psuć. Twarz nadal świeża, garnitur również, nieskazitelnie biała koszula i krawat dyskretny, wedle dyktatu mody ostatniego sezonu, jednak…

Zaczynają się rodzić pytania, po co to wszystko, jaki jest sens tej pieczołowitości. Czuje się otaczającą pustkę i pomimo, że to przecież ta sama praca, interesująca, kreatywna, że to przyjaciele którym bez namysłu powierzyłoby się ostatnie pieniądze, że biuro jasne, przestronne, jednakże już coraz trudniej jest wstawać codziennie rano, a zasiadanie przed komputerem staje się mordęgą. Takich widzi się również na placach i ulicach miasta, jednak oni zdają się nie nadążać w tym powszechnym zabieganiu, w tym mrówczym, pracowitym pośpiechu. Idą wolniej niż ich koledzy, poruszają się ociężale, ich oczy zdają się być zgaszone, spojrzenia ciężkie. Często zatrzymują się i wystawiają twarze do słońca, którego nie ma. Na Norrmalmstorg podobnie. Tacy sami urzędnicy, w garniturach, modnie ostrzyżeni, krótko wokół i z grzywką na czoło, co ich nordyckim twarzom dodaje pewnego wdzięku. Zadufani w sobie, zadowoleni gdy wystają na placu, żeby sobie prowadzić rozmowy telefoniczne a że ich tak dużo, to muszą się nawzajem przekrzykiwać. W kawiarni nie uraczysz chyba ani jednego wolnego miejsca. Jest ciepło i może nawet ukaże się słońce, dlatego przy stoikach jest pełno. Już niedługo, za zaledwie parę tygodni poznikają kawiarniane i restauracyjne tarasy i miasto będzie się sposobić do zimowego snu. Poznikają turyści, urzędnicy przestaną paradować po ulicach i placach, wszystko rozpłynie się w żółto jesiennym marazmie. A ja… ja jestem wolny. Nie muszę śpieszyć się i nie mam żadnego celu. Jeszcze niedawno pracowałem w instytucji, do której stąd jest zaledwie czterysta - pięćset metrów. Codziennie rano śpieszyłem do pracy. Jechałem autobusem, metrem i jak prawie wszyscy uczestniczyłem w wyścigu trwającym na ogół prawie całe życie. Wszystko robiłem z wywieszonym językiem, jak pies gończy i mówiłem sobie: „Byle do przodu, byle do przodu”. Tak każdego dnia, każdego miesiąca. Po może piętnastu latach pracy uświadomiłem sobie, że tkwię w rutynach aż po uszy i stwierdziłem z przerażeniem, że nawet czas wolny, po pracy, a także święta i urlopy spędzam pod znakiem rutyny. A praca zawodowa to codziennie to samo: wysiadywanie całymi dniami przy komputerze w tak zwanym krajobrazie biurowym. Zmieniały się pory roku, mijały miesiące, lata i ja nie byłem już młodzieńcem, później przestałem być trzydziestolatkiem, wkroczyłem w czterdziestkę, dobiegałem pięćdziesiątki, lecz nic się nie zmieniło, może tylko dawka mojej dziennej rutyny była modyfikowana, może na moim stanowisku pracy zmieniało się biurko, lub tylko jego pozycja, pojawiał się nowy telefon, nowy komputer i coraz to wygodniejsze krzesło, co dyktowała rozwijająca się ergonomia. Jednak ściany, meblościanki, okna i zaduch zawsze ten sam. Z każdym nowym rokiem na moim biurku pojawiał się nowy kalendarz.

O autorze

Nazywam się Jerzy Stypułkowski. Od trzydziestu lat jestem zamieszkały w Sztokholmie, gdzie po studiach uniwersyteckich w dziedzinie historii literatury, informatyki oraz bibliotekoznawstwa, pełnię funkcję bibliotekarza w National Library of Sweden.

Skontaktuj się ze mną via email (info@jerzystypulkowski.com).